Wiele sukcesów piłkarskich tkwi w głowie. Musisz uwierzyć, że jesteś najlepszy i potem udowodnić, że tak rzeczywiście jest - Bill Shankly
Kategorie: Wszystkie | Archiwum | Midfield Maestro | Ogólne | Polska | Świat
RSS
środa, 16 marca 2011
Selekcjoner Smuda wysłał kolejne powołania na zgrupowanie reprezentacji Polski. Znowu wśród powołanych brakuje wyróżniającego się w polskiej lidze Patryka Małeckiego. Jakie są przyczyny braku powołań dla skrzydłowego Wisły Kraków?
poniedziałek, 27 grudnia 2010

Szczupła, drobna sylwetka będąca niczym dziki mustang, który umiłował sobie wolną przestrzeń i romantyczne szarże. Nierzadko drwi sobie z obrońców przeciwnika, bezczelnie wypuszczając piłkę na kilka metrów i dobiegając do niej jako pierwszy. Jest jak zapalony młody chłopiec, którzy wyzywa na pojedynek każdego ze swoich rówieśników na podwórkowym boisku. Tomasz Kupisz – niskogabarytowy gracz Jagiellonii, który pragnie przypomnieć kibicom, jak grali dawniej klasyczni skrzydłowi. Kupisz, czyli wejście smoka po polskuJuż po debiutanckich meczach w Ekstraklasie kibice wysyłali go na zgrupowanie reprezentacji, a fachowcy kręcili głowami z uznaniem. Poznajmy bliżej odkrycie rundy jesiennej.

więcej na ekstraklasa.net

Sprowadzeni w większości za dość duże pieniądze. Mieli dostarczyć polskiej lidze jakości i być fundamentem nowej, wielkiej Wisły. Czy im się udało? Dokładnie przyglądamy się letnim nabytkom Białej Gwiazdy.

więcej na ekstraklasa.net:

część pierwsza

część druga

piątek, 04 czerwca 2010

Mam w pamięci widok nastoletniego, angielskiego killera, który zachłannie dopada piłkę przed bramką rywala i z ogromną furią pakuje ją do celu. W chwili, kiedy jako najmłodszy gracz w historii zakładał koszulkę reprezentanta Anglii, wielu fachowców uważało go za najzdolniejsze dziecko wyspiarskiej piłki, a w marzeniach transferowych sir Alexa Fergusona, Wayne Rooney już zajmował uprzywilejowaną pozycję. Słynny Szkot tuż po przeprowadzce młodziana z Goodison Park na Old Trafford stwierdził, że jest on brakującym elementem misternej układanki piłkarzy MU i zapowiedział niechybne zdobycia klubowego mistrzostwa Europy z Rooneyem w składzie. Na realizację tych planów sir Alex musiał zaczekać do 2008 roku...

Dobrych wróżek, przewidujących Rooney'owi świetlaną przyszłość, było multum. Arsene Wenger, stwierdził, że młody Anglik może w przyszłości nowym George Bestem. "Myślę, że Wayne może mieć taki wpływ na drużynę, jaki miał Eric Cantona"- to słowa juz samego trenera Czerwonych Diabłów. Czas pracował na korzyść Anglika - kolejne bramki umacniały jego pozycję na światowym rynku piłkarskim, a sam z czasem odklejał od siebie etykietę młodego wilczka, a zyskiwał status niekwestionowanej gwiazdy. Tego stanu rzeczy nie zmieniły nawet mocno niechlubne chwile w karierze Rooney'a (choćby przypomnieć czerwoną kartkę z Portugalią na MŚ w 2006 roku).

Nie pamiętam kiedy, nawet nie wiem gdzie się to stało. Więc z pewnością nie był to gwałtowny impuls, ale długotrwały proces. Z typowego łowcy goli, błyskawicznego zabójcy o sile niedźwiedzia wyewoluował dojrzały, zdolny do absolutnego podporządkowania się dobru drużyny, harujący na całej długości i szerokości boiska supernapastnik, który ku rozpaczy rywali nic nie stracił ze swych umiejętności strzeleckich. Doprawdy wachlarz zadań Rooney'a jest imponujący. Często udziela się w grze defensywnej, do szufladki z bezwarunkowymi odruchami trafiło juz cofanie sie do linii pomocy w celu rozegrania piłki, prowadzone zresztą w sposób bardzo umiejętny. W parze z rozsądnym dyktowaniem tempa gry całej drużyny idzie zdolność rozegrania piłki na małej przestrzeni, by po chwili absolutnie zaskakującym kilkudziesięciometrowym crossem otworzyć partnerowi wolny korytarz na skrzydle.

Takich graczy kochają kibice. Niczym niespętana ochota do gry, zdolność do wielkich poświęceń na boisku i do tego wspaniałe umiejętności. Głodna sukcesu piłkarska Anglia pokłada wielkie nadzieje w liderze MU. Kibice wierzą, że fantastyczną dyspozycję z sezonu ligowego Wazza utrzyma przez cały finałowy turniej i poprowadzi drużynę narodową do końcowego triumfu. Wtedy podejrzenia o konszachty FA z Fabianem Cancellarą i umieszczenie silniczka w ciele Rooney’a nie byłyby już takie absurdalne :) A sam Wayne stałby się legendą.

(tekst napisany już chwilę temu, kiedyś publikowany na starym blogu W światło bramki, ale po drobnych korektach jakże aktualny)

sobota, 15 maja 2010

Bezkompromisowy, ofensywny futbol łączący ze sobą siłę potężnego tornada i świeżość morskiej bryzy. Dla pomarańczowych chłopców spektakl wydaje się kwestią nadrzędną. Sprawiają wrażenie, jakby walory estetyczne górowały nad kunktatorstwem i pedantyczną dbałością o korzystny wynik. Chętnie raczą widzów wyrafinowanymi akcjami ofensywnymi, w których kilku piłkarzy wymienia piłkę z niezwykłą szybkością i lekkością. Do każdego turnieju wnoszą olbrzymią działkę fantazji.

Dla młodego kibica, którego świadome piłkarskie życie rozpoczęło się w 1998 roku, Holandia to bohater romantyczny doświadczający spektakularnej śmierci na ostatniej prostej. Obok genialnych, zakręconych podań Bergkampa i jego fantastycznej bramki z Mundialu’98 czy rajdów Robbena z 2004 roku mam w pamięci porażki z Czechami czy Rosją w najefektowniejszych meczach ostatnich lat. Gdzie szukać przyczyn tej klątwy? Holendrzy nigdy nie grali następnymi meczami, nie oszczędzali sił. Czarowali futbolowych estetów, pogrążali wielkich tytanów po to, by chwilę później chwalebnie polec na boisku. Ich najpiękniejsza cecha nagle pokazywała swoje zgubne oblicze.

Potencjał mają ogromny. W środku pola piękną melodię grają wielofunkcyjni reżyserowie gry Wesley Sneijder i Rafael van der Vaart. Na skrzydle dzielił i rządził będzie genialny indywidualista Arjen Robben. Wszyscy trzej mogą czuć się wygranymi tego sezonu. Ubiegłego lata Real Madryt pozbył się bez żalu Robbena i Sneijdera. Teraz obydwaj smakują tego, o czym ich niedawny pracodawca marzy zaciekle. Zostali już mistrzami Niemiec i Włoch (?), za chwile zagrają w wielkim finale Ligi Mistrzów. Są liderami nowych drużyn i autorami najbardziej magicznych momentów tej edycji LM. Natomiast van der Vaart został w drużynie Królewskich i przez wielu był skazany na permanentne przesiadywanie na ławce rezerwowych. W trakcie sezonu skutecznie przypomniał, że za czasów gry w HSV był jednym z najbardziej perspektywicznych rozgrywających na świecie. Dzieki niemu kibice w Madrycie nie płakali już za kontuzjowanym Kaką. Dodając do tej trójki głodnego gry van Persiego czy niezwykle pracowitego Kuyta wychodzi nam obraz ofensywy idealnej. Kibice Oranje liczą też na Klaasa Jana Huntelaara. W rozgrywkach ligowych raził głównie ślepakami, ale w innym otoczeniu może być już bramkostrzelną strzelbą.

Tradycyjnie już na wielkich turniejach holenderska piłka nożna przedstawia światu przynajmniej jedną gwiazdeczkę własnego autoramentu. Według mnie w tym roku będzie to Gregory van der Wiel. 22-letni prawy obrońca Ajaxu Amsterdam ma szanse stać się europejską wersją Daniego Alvesa. Z dużą ochotą włącza się do akcji ofensywnych, dysponuje niezłą szybkością i techniką, przy tym doskonale broni. Jeżeli Bertowi van Marwijkowi nie zabraknie odwagi i postawi na żółtodzioba z Ajaxu, możemy mieć do czynienia z zabójczą, ponaddźwiękową parą Robben - van der Wiel na prawym skrzydle.

Czy nadchodzi właśnie idealny czas na sukces? Młodzi-gniewni stali się dojrzałymi przywódcami, obok goryczy niespełnienia znają też smak triumfu. W drużynie panuje idealna równowaga - obok artystów pierwszoplanowe role odgrywają rzemieślnicy. Zbliżający się Mundial będzie dla nich wielkim testem.

 

czwartek, 08 kwietnia 2010

 

Niesamowita jest w tym roku Liga Mistrzów. Do 40 minuty meczu na Old Trafford wszystko było do bólu przewidywalne. Dzień wcześniej solidnie przetrzebiony kontuzjami Arsenal stać było tylko na jedno ukąszenie i później zmuszony został oglądać show Atomowej Pchły. Wyrachowany Inter nie zamierzał zbytnio szarżować w starciu z CSKA i w obydwu spotkaniach zaaplikował rywalowi po jednym golu. Rozpędzony Manchester nie dawał bawarskiemu przeciwnikowi nadziei na stworzenie sobie chociażby połowy sytuacji. Nawet dwóch wielkich skrzydłowych zgrabnie ukrytych pod wspólną nazwą Robbery nie wygrało ani jednego pojedynku z młodziakiem Rafaelem i starszym Evrą. Jedyną osobą zdolną do obrony całego piłkarskiego świata przed deja vu z zeszłorocznego finału wydawał się być Jose Mourinho. Swoją drogą, wspaniale musi czuć się The Special One mając przeciwko siebie cały świat piłkarskich estetów. Idealnie pasuje mu rola złego czarnoksiężnika, który chce połamać różdżki magom z Katalonii.

Futbol po raz kolejny pokazał swoje najpiękniejsze oblicze-nieprzewidywalność. Jaki skomplikowany zespół czynników musiał zagrać, by z drużyny będącej po trzech ciężkich nokdaunach wyrósł półfinalista LM i jej największy dotychczasowy zwycięzca. Co by było, gdyby w pierwszej połowie sędzia wychwycił faul Badstubera na Rafaelu i uprzedził tym samym niesportowe zachowanie brazylijskiego gołowąsa? Gdyby wspomnianemu młodzieniaszkowi nie zapaliła się głowa po kilkudziesięciometrowym rajdzie i dostrzegł w polu karnym Rooney'a? Superbohaterem byłby wreszcie ten ostatni, który IMO na ten tytuł zasługuje niezależnie od wyniku wczorajszego meczu. Postawa Wazzy to kompilacja niesamowitej ambicji i umiejętności. Takie występy tworzą legendę. Jak krótka jest droga od 'zera do bohatera' przekonał się Arjen Robben, któremu zamiast fenomenalnego woleja zapamiętalibyśmy bezradność w starciach z Patricem Evrą. Tak, pojęcie efektu motyla jest futbolowi bliższe niż jakiejkolwiek innej dyscyplinie sportu.

Tegoroczne ćwierćfinały to również studium różnorodności zawodników występujących na pozycji skrzydłowego. Mieliśmy młodego Theo Walcotta, który porusza się z szybkością Shinkansena, a i uśredniony tor jego rajdów również przypomina prosta linię pokonywaną przez japoński pociąg. Był Czarodziej Leo Messi, będący jakby hołdem i wspomnieniem dawnych, romantycznych skrzydłowych z tendencją do charakterystycznych rajdów w kierunku środka boiska. Niedaleko od Argentyńczyka plasuje się Robben, ceniący sobie mocno wolną przestrzeń przed polem karnym rywala i niekonwencjonalny drybling. Osobną kategorię stanowią Valencia i Nani, którzy poza wysokimi walorami artystycznymi równie mocno koncentrują się na mrówczej pracy w defensywie. Czy właśnie w tym kierunku będzie ewoluować ta pozycja?

niedziela, 04 kwietnia 2010

Dwa bezkompromisowe zespoły preferujące futbol ofensywny, z dużą ilością podań i wymianą pozycji równie intensywną co migracje mrówek. Dwie unikalne polityki kadrowe, które bazują na szkoleniu i wychowywaniu swoich przyszłych gwiazd. Dwie nieśmiertelne drużyny, które najlepiej obrazują twierdzenie, że dla futbolu próżnia jest pojęciem obcym. Tworzą doskonale zorganizowany legion rzymski, gdzie miejsce straconego zajmuje nowy,świeży wojownik doskonale pasujący do stworzonej wcześniej układanki. Dwie enklawy, gdzie fantazja i polot zdecydowanie dominują nad wyrachowaniem.

Pierwsze ich starcie było spektakularnym przedstawieniem. Był Bohater Zbiorowy (Barcelona), Bohater, Którego Miało Nie Być ( Almunia), Bohater Tragiczny (Cesc Fabregas), As z Rękawa (Walcott),wreszcie kwadrans Ibdacadabry, wspaniały pościg Arsenalu i standing ovation dla Henry'ego. Pierwsza połowa to kosmiczna gra Barcelony. 70:30( posiadanie piłki), 0:0 to tylko zbrodnia porównywania osiągów Blaugrany do liczb. Niesamowity pressing, krótkie, superszybkie wymiany piłek na powierzchni kilku metrów kwadratowych to bezwymiarowe wartości, które zachwycają nie mniej niż zdobywane bramki. Zdominowanie takiej drużyny jak Arsenal to wielka sztuka.

Początek drugiej części oddał Barcelonie to, co de facto należało się jej już wcześniej. Jednak chłopcy Wengera po raz pierwszy w tym sezonie pozytywnie zareagowali na niekorzystne wydarzenia na boisku w starciu z drużyna z absolutnego topu światowego. Wcześniejsze ligowe starcia z MU i Chelsea były 'nagłą śmiercią' i późniejszą bezczynną wegetacją. Tym razem bramka  jokera Walcotta i karny Cesca pozostawiły Arsenal w grze o półfinał LM.

Straty w ludziach po obydwu stronach są ogromne. Brak wielofunkcyjnego reżysera gry Fabregasa i nieprzewidywalnego rosyjskiego skrzydłowego Arszawina osłabi siłę ognia Kanonierów okrutnie.  Wydaje się, że ich jedynym niezrównoważonym przez kataloński walec atutem będzie szybkość Theo Walcotta. Bardzo prawdopodobne jest, że angielski ponaddźwiękowiec rozpocznie rewanżowe spotkanie na ławce i na boisku zamelduje się dopiero w drugiej części gry. Wenger zapewne postawi od pierwszej minuty na wszechstronniejszego Emmanuela Eboue na prawej flance, który stworzy dopiero podwaliny pod przyszłe harce Walcotta.

Kolejna zagadka to zestawienie środka bloku defensywnego. Bezpiecznym wariantem byłoby desygnowanie pary Vermaelen-Song i eliminacja ryzyka związanego z pojedynkami biegowymi sędziwego Campbella. Niestety, wiązałoby się to z osłabieniem środka pola. Wygranie walki z Katalończykami o centralną część boiska jest prawie niemożliwe, ale Song jako DM przejąłby na siebie lwią część fizycznej walki i gwarantował kilka/kilkanaście przechwytów.

Spotkanie na Emirates to najlepsza reklama futbolu, bez wątpienia należy do elitarnego grona najlepszych w ostatnich latach. Oby rewanż był równie efektownym triumfem piłki nożnej. Pomimo stosunkowo wczesnej fazy LM ta rywalizacja ma duże szanse, by stać się legendarną.

piątek, 02 kwietnia 2010

Powrót Tomasza Frankowskiego do polskiej ligi był dla niej ratunkowym oddechem. Kto lepiej mógłby poprawić jej nadszarpnięty wizerunek niz żywa legenda polskiej piłki o mizernych gabarytach, ale kolosalnym nosie snajperskim? W czasach, gdy od napastników wymaga się tytanicznej pracy dla dobra zespołu, trwania w zapaśniczym klinczu z obrońcami i przechowywania piłki pod opiekuńczymi skrzydłami nogami dla nadbiegających kolegów, Franek jest egzemplarzem oryginalnym. On minimalizuje pobyt futbolówki w pobliżu jego stopy. Odgrywa szybko piłkę i wychodzi na pozycję. Porusza się też bardzo ekonomicznie, zaoszczędzoną energię inwestuje w precyzję w polu karnym. Zdawać by się mogło, że wręcz ubóstwia ten naturalny ścisk w pobliżu bramki rywala. Często drwi sobie z kryjących go obrońców, wykorzystując ich mikroskopijne błędy w kryciu.

Bo bramki strzelać potrafi jak nikt inny. Nie ma w Polsce napastnika który równie wnikliwie potrafi analizować ruchy bramkarza w bezpośrednich pojedynkach. -Szczerze powiem, że jeszcze czegoś takiego żaden napastnik ze mną nie zrobił. Dobrze wiedziałem, że w sytuacji z Frankowskim trzeba czekać do końca. Starałem się, ale naprawdę nie mogłem nic zrobić- powiedział Radosław Cierzniak, bramkarz Korony Kielce po meczu z Jagiellonią. Wielu bramkarzy mogłoby podpisać się pod tymi słowami. Miejsce w 10-tce najlepszych strzelców w historii ekstraklasy Franek namalował arsenałem stu trzydziestu dwóch absolutnie różnych goli. Niemal rozrywał siatkę potężnymi wolejami, pewnie egzekwował rzuty karne, wyrastał jak spod ziemi w zamieszaniach podbramkowych, kilkakrotnie celnie trafiał głową lub nawet z pozycji leżącej. Jak sam przyznaje, w Wiśle dużo łatwiej przychodziło mu strzelanie bramek. W barwach Jagi zmuszony jest niejednokrotnie uderzać z karkołomnych pozycji. Dzięki temu mieliśmy okazje oglądać takie cudeńka, jak kapitalna angielka w meczu z Legią czy urodziwy lob nad Adamem Stachowiakiem. Niemal od razu znalazł wspólny język z Kamilem Grosickim. Nie ma w Ekstraklasie drużyny, która powierzyłaby zdobywanie goli równie małej ilości centymetrów i kilogramów co Jagiellonia. Różni ich niemal wszystko, lecz mimo to (być może dzięki temu) w krótkim czasie stary lis pola karnego i młody,utalentowany lekkoduch stali się postrachem ligowych formacji obronnych.

Grą w barwach Jagi Łowca Bramek spina klamrą całą wędrówkę po świecie i kończy bogatą karierę. Teraz pozostaje już tylko podziwiać jego krwawe polowanie i spoglądać na ciągle aktualizowany licznik bramkowy.

Bez niego trudno wyobrazić sobie jedenastkę krakowskiej Wisły. Choć wielkim mówcą nie jest, szczególnie w starciach z dziennikarzami, w trudnych momentach na boisku potrafi jak nikt inny skutecznie przemówić do kolegów z drużyny, a raczej do ich nadwątlonego morale. Jest jak średniowieczny rycerz przedchorągiewny - heroiczną walką daje znakomity przykład, inicjuje kolejne szturmy na bramkę rywala, jest pierwszą stacją obronną. Oto Radosław Sobolewski - charyzmatyczny generał środka pola i prawdziwy przywódca Białej Gwiazdy.

Kiedy wynik jest skrajnie niekorzystny, poziom pewności siebie wśród zawodników Wisły gwałtownie pikuje  i do końca meczu pozostaje coraz mniej czasu, wówczas z łatwością można dostrzec potężnie zbudowanego zawodnika z numerem 7, który zdaje się biegać kilka razy więcej za piłką niż jego koledzy, kilka razy częściej jest w jej posiadaniu i jednocześnie ekspresyjnie pokrzykuje, pobudzając w drużynie uśpionego ducha walki. W momentach krytycznych staje się newralgicznym, najważniejszym elementem wiślackiej układanki. Przy korzystnym układzie meczu nie narzuca swojego pierwszeństwa, błyszczą jego partnerzy z zespołu, a on ogranicza się do zapewnienia bezwzględnego spokoju w środku pola.

- Jak to kto nas poprowadził? Oczywiście Radek Sobolewski. Po drugiej bramce dla Lechii opuściliśmy głowy, ale nie on. Krzyczał, żeby walczyć, mobilizował, bez niego nie wygralibyśmy tego meczu - oto słowa Patryka Małeckiego po szalonym meczu w Gdańsku w przedostatniej kolejce minionego sezonu Ekstraklasy. Nawet nieuzbrojonym okiem widać było, jak na początku drugiej połowy, próbując poukładać chaotyczną grę Wisły i wezwać wątpiących w końcowy triumf kolegów do aktywniejszej postawy, Sobolewski hasał w środkowej strefie niczym proton w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Strzeleckie harce Łobo i prześliczne uderzenie Zieńczuka z rzutu wolnego były już wisienkami na (prawie) mistrzowskim torcie.

Sobolewski imponuje nie tylko cechami wolicjonalnymi i żelazną motoryką. Znakomicie odbiera piłki, potrafi szybko i dokładnie rozpocząć akcję ofensywną, dysponuje też okrutnym strzałem z dystansu. Przypomnieć należy kapitalny strzał przeciwko ateńskim Koniczynkom w eliminacjach do Ligi Mistrzów ( określony przez Jacka Gmocha " strzałem za parę milionów" ) czy choćby bramkę z ostatnich krakowskich derbów. Jest też autorem dwóch najbardziej spektakularnych polskich czerwonych kartek ostatnich lat ( obydwa pechowe spotkania kończyły się porażkami naszych drużyn w dramatycznych okolicznościach - mecze z Niemcami na Mundialu 2006 i wspomniany z Panathinaikosem w Atenach ). W obydwu przypadkach widzieliśmy cierpiącego zawodnika, który nie kalkulował, starał się wszelkimi sposobami zapobiec groźnej akcji. Jego boiskowa natura, która wyrzeka się kunktatorstwa i każe mu walczyć w każdej sytuacji do upadłego, stała się w tak ważnych momentach jego największym przekleństwem.

Taki gracz jak Sobolewski to skarb dla trenera i drużyny. Profesjonalista w każdym calu, darzony przez wszystkich piłkarzy dużą estymą, pracowita mrówka w centralnej strefie boiska.